siebie, gdy odnajdujemy ich obu w pałacu przy ulicy Vaugirard, w tymże samym gabinecie, gdzie Gilbert przyjął po raz pierwszy mniemanego Grancey’a.
Był to Piątek. Godzina dziewąta rano.
Rollin wydał rozkaz kamerdynerowi, aby pod żadnym pozorem niewpuszczał nikogo, a usiadłszy naprzeciw swojego gościa podał mu cygaro.
Zapaliwszy sam drugie, popadł w głęboką zadumę.
Mniemany wicehrabia wpatrywał się w niego.
— Ha! myślał otóż nadszedł ów moment psychologiczny, gdzie będę mógł jasno zajrzeć w duszę tego człowieka!
— Znasz moją córkę, Marye-Blankę? — zagadnął nagle Gilbert.
— Miałem zaszczyt widzieć pannę Rollin po kilka razy, przyszedłszy tu z wizytą.
— Jakże ją znajdujesz?
— Cudownie piękna! Powinieneś być dumnym ze swego ojcowstwa.
— O! co do tego, nie jestem nim wcale.
— Czy podobna?
— Tak, mówię prawdę. Uczucie rodzicielskie jest mało u mnie rozwiniętem, a miłości rodzinnego ogniska, nieposiadam wcale.
— Dla czego się więc ożeniłeś?
— Ponieważ byłem zadłużony, zrujnowany. Moja żona wnosiła mi posag i świetne na przyszłość nadzieje.
— To mi wyjaśnia wszystko! — odparł z uśmiechem de Grancey.
— Podoba się więc tobie Marya-Blanka?